Władze w Berlinie od tygodni ostrzegają przed prawdopodobną eskalacją konfliktu ze strony Rosji. Wstrząsem dla rządu kanclerza Friedricha Merza była próba dronowego zamachu na lotnisku w Lipsku na początku sierpnia. Niemcy przypisały odpowiedzialność za to zdarzenie Rosji. Na początku października szef niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej (BND) Martin Jaeger powiedział w Bundestagu, że możliwym scenariuszem są rosyjskie ataki na cele w Niemczech. Ocenił, że krajowi grozi „gwałtowny konflikt” z Rosją.
Dobrindt ostrzegł, że Niemcy mierzą się obecnie z „wojną cieni”, która wykracza poza działania destabilizacyjne znane z czasów zimnej wojny. Jego zdaniem celem tych działań jest destabilizacja kraju. "Musimy się liczyć z tym, że dojdzie do zamachów", oświadczył szef Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) w Berlinie. Jak podkreślił, Rosja może sięgać po różnego rodzaju operacje hybrydowe. Za konieczne uznał przygotowanie skutecznego systemu do obrony przed takimi działaniami.
Wygląda to podobnie jak w Polsce, gdzie instytucje państwowe również prowadzą politykę zastraszania narodu. A to alarmy próbne, a to zamachy, a to eksplozje. Wszystko na zlecenie Rosjan, choć potem nikt nie pokazuje na to dowodów. Dokładnie tak samo było zresztą z incydentem w Lipsku, gdzie nikt ze strony RFN nie przedstawił dlaczego niby sytuacja miała być wywołana przez Rosjan.